Logo
Wspomnienia z wakacyjnego wyjazdu
do Pakistanu i Indii '97 - cz. I
 


Polska - Białoruś - Rosja - Kazachstan - Kirgizstan - Kazachstan - Chiny

Pomysł padł w czasie ferii zimowych ’97. Jedziemy do Indii! Zainspirowali nas znajomi naszego kolegi Grześka, którzy byli w Indiach rok wcześniej. My, to znaczy Arek (autor), Grzesiek, Tomek i Wojtek. Trzeba wykorzystać okazję do prawdziwej wyprawy po skończeniu studiów i przed rozpoczęciem kariery zawodowej. Termin wyjazdu został wstępnie wyznaczony na lipiec ’97. Trasa miała biec tylko lądem (pociągi i autobusy) - dojazd do Indii drogą północną przez Rosję, Kazachstan, Kirgizstan, Chiny i Pakistan, powrót drogą południową przez Pakistan, Iran, Turcję, Bułgarię do Rumunii, dalej do domu zależnie od decyzji podjętej na miejscu przy powrocie. Po drodze przewidywaliśmy parę trekkingów w Pakistanie.

Zaczęły się przygotowania. Wielokrotne wyjazdy do Warszawy po wizy, szukanie przewodników i map, kompletowanie sprzętu, szczepienia ochronne oraz zbieranie informacji dosłownie o wszystkim (waluty, kultura, dojazdy, co warto zwiedzać, choroby, jedzenie, potrzeby sprzęt, warunki klimatyczne, adresy ambasad itd.) od znajomych Grześka, z przewodników i z internetu. Z czasem krystalizowała się trasa – regiony, miasta, zabytki, trasy trekkingowe. Po załatwieniu wiz ustaliliśmy dokładny termin wyjazdu – połowa lipca. Przed samym wyjazdem ostatnie sprawy – dentysta, ubezpieczenie, waluta, czeki podróżne, prowiant na dojazd do Pakistanu, bilet do Moskwy na 18 lipca i szybkie powtórki z języka rosyjskiego i angielskiego.

Podróż rozpoczęliśmy o 5.55 w pociągu z Lublina do Warszawy na Dworzec Wschodni. Rodzice (i nie tylko) płakali na peronie. Sami jechaliśmy z pewnymi obawami dotyczącymi głównie przygód w czasie drogi przez WNP. Pociąg do Moskwy spóźnił się o 2 godz. ze względu na powódź (była już od tygodnia). Rano następnego dnia byliśmy w Moskwie. Następny pociąg do Biszkeku, stolicy Kirgizstanu, był po północy więc cały dzień mieliśmy na zwiedzanie Moskwy. To co mogliśmy zobaczyć w centrum Moskwy jest naprawdę wspaniałe. Podobne wrażenie robi moskiewskie metro. Wiele budowli w centrum było remontowanych gdyż Moskwa szykowała się na 850-lecie swojego istnienia. Wieczorkiem siedliśmy przed Dworcem Kazachstańskim koło posterunku milicji i delektowaliśmy się pięknym zachodem słońca.

Do Biszkeku jechaliśmy 3,5 dnia (jakieś 3500 km). Codziennie było po kilka postojów, gdzie można było kupić tanio jedzenie i rozprostować kości. Nie zapomnę gdy za dwa 3-kilogramowe arbuzy zapłaciłem jednego dolara, co było dużą sensacją wśród przekupek. Przejechaliśmy Wołgę, minęliśmy Buzułuk (gdzie Anders formował wojsko polskie) wjeżdżając na pustynię. Wybita częściowo szyba w naszym przedziale okazała się błogosławieństwem, bo mogliśmy sobie zamykać drzwi mając sprawną wentylację. Po raz pierwszy, żeby się ochłodzić, nie wychylaliśmy się przez okno wystawiając się na podmuch powietrza bo na zewnątrz czyhał 45-stopniowy żar z nieba. Pod koniec zaczęły się kontrole milicji (mundurowych i niemundurowych), jednego dnia kontrolowali nas nawet cztery razy i szukali głównie noży i “awtamatow”, no i drobnych prezencików.

W Biszkeku złapaliśmy autobus do Narynia, skąd chcieliśmy się dostać przez przełęcz Torugart do Chin. Wiedzieliśmy z różnych źródeł, że najprawdopodobniej nas nie przepuszczą, ale raz się żyje! W autobusie rozmawialiśmy z miejscowymi pasażerami. Dziwili się, że tak dobrze mówimy po rosyjsku. Jeden dziadek chwalił się że w czasie II wojny światowej dojechał do Polski na koniu i pytał się, czy Polska to dalej kraj rolniczy. W Naryniu wynajęliśmy pokój w obskurnym hotelu gdzie turyści chyba bywają bardzo rzadko bo oglądali nasze paszporty z wielką ciekawością. Naryń to niewielka dziura z trolejbusami, Nyskami jeżdżącymi jako taksówki i sokami Fortuny w paru sklepikach (to nas zdziwiło). Tu czekaliśmy dwa dni na autobus do Kaszgaru, który miał być na pewno, ale w końcu pojechaliśmy do granicy starym moskwiczem. W drodze towarzyszył nam tylko bezkresny step, a w pewnym miejscu na tym bezdrożu złapaliśmy gumę, co nas bardzo zaniepokoiło bo ruch na tej trasie o długości ok.180 km nie był duży...

Słyszeliśmy, że przejście graniczne na przełęczy Torugart było tylko otwarte dla zorganizowanych przez agencje turystyczne grup, ale słyszeliśmy też, że pojedynczym osobom lub niewielkim grupom niezorganizowanym udawało się przejść. Jak to mówią, jest ryzyko jest zabawa... chińscy pogranicznicy okazali się bezwzględni. Młodzi funkcjonariusze przepuściliby nas ale jakiś naczelnik siedzący w budynku nie zgadzał się i nam "nada wiernutsa". Zawrócili nas tak jak inną trójkę Polaków – Marcina, Patrycję i Tomka, z którymi się poznaliśmy i podróżowaliśmy dalej do Pakistanu. Zawrócili też jednego Anglika, Johna, który przejechał z nami z Biszkeku aż do Pakistanu. Aby się wkomponować w miejscowych nałożył sobie nawet charakterystyczną czapkę kirgiską, ale i to nie pomogło. Po jedną grupę Amerykanów nie wyjechał autokar z chińskiej strony i ich zawrócili także, ale oni musieli mieć wizę wjazdową do Kirgizstanu. Kiedy pytali się co robić, rosyjski celnik (granice WNP) powiedział im, aby nocowali na pasie ziemi niczyjej w autobusie... ale w takich okolicznościach wszystko da się załatwić za “dolki”. Wróciliśmy gruzawikiem (stary ził z budą) do Narynia, a stamtąd do Biszkeku. Ta nieudana przeprawa kosztowała nas po 50 dolarów od łebka. W Biszkeku, gdzie dołączył do nas John, po odpoczynku wyruszyliśmy autobusem do Ałma-Aty. Stamtąd autobusem do Żarkentu (dawniej Panfiłow), który oczywiście po drodze zatarł się i musieliśmy dopakować się do następnego autobusu kursowego (siedziałem w przejściu na desce). Na postoju można zjeść smaczne posiłki serwowane w knajpkach np. "mantę" (rodzaj pierożków) i oczywiście lepioszki. Następnego dnia wyruszyliśmy do Chin przez przejście graniczne w Korgos. Autobus się spóźnił bo kierowcy urwało się mocowanie na przemyt pod podwoziem. Chińczycy przetrzepali nas nieźle. Pytali się kto jest na zdjęciach w gazecie Kurier Lubelski, w którą owinięte były butle z gazem u Tomka w plecaku. Przesłuchiwali też nasze taśmy magnetofonowe. Co nas trochę zdziwiło, w Chinach czekało na nas w knajpkach główne danie – kluski z warzywami (chowmain), a spodziewaliśmy się ryżu. Krajobrazy były wręcz paskudne, cały czas wzdłuż drogi ciągnęły się obskurne domy z gliny. Pod wieczór dojechaliśmy do Yining.



Arkadiusz Pieczykolan, wrzesień 1998.